„Rób swoje”

Żyjesz po swojemu, robisz to z pełną piersią
Swoich wrogów witasz z przygotowaną pięścią
Zbywasz osoby, które uważają się za lepszych
W naszym środowisku nie ma podziału na przeciętnych,
Podnosisz lewą do braci na motocyklach
Reszta co pogardliwie patrzy przypomina teatrzyk na pacynkach.
Choć młody jesteś ziomek i dopiero zaczynasz swoją przygodę
Przy pierwszej jeździe już czujesz wielką swobodę,
Przypominasz dzikie zwierzę puszczone w obieg
Tam gdzie nie zdążył dotrzeć jeszcze człowiek.
To wszystko daje nam wielką radochę
Móc wstać rano i pośmigać choć trochę.
Nie zależnie od wieku jaki ma któreś z nas
Dumnie wozimy się po świecie, gdy przychodzi na to czas,
A ty nie masz prawa wytykać brata palcem
Mówiąc przy tym, że niedługo podzieli się z kimś swym organem.

Rób swoje nie patrz na to co ktoś Ci powie,
Kochaj moto-pasje i nie kończ tylko na słowie,
Pokazuj to reszcie, by wiedziała, że dobry z Ciebie człowiek,
Baw się manetką, ale rób to tak, by nie opuścić na wieki powiek.

Bawisz się lepiej w gronie swych braci
Ono wiele zrozumienia da ci,
Przy nich możesz być samym sobą
I nie musisz się kłaniać przed wroga osobą.
My jako rodzina przy twym boku stać będziemy,
A jeśli coś się nam nie spodoba to Tobie to powiemy,
Tu znajdziesz prawdziwych ludzi – samych pasjonatów,
Którzy cenią bardziej swą miłość do „bajków”
Niż strach przed tym co nieznane czeka na zakręcie
Odwaga, rozum i miłość to każdego z nas orędzie,
By walczyć z kostuchą, która czyha tam na nas
My robiąc swoje ciągle gramy na czas.
Wiele z nas odeszło, teraz są nieśmiertelni
Mimo, że ich ciała leżą niżej od powierzchni
To dusze tych Braci śmigają po niebieskich.
Strzeż się ziomek, by szybko od nas nie odejść
A gdy złapiesz szlifa to weź się szybko podnieś,
Otrzep się z porażki i leć do przodu śmiało
Tak by adrenaliny w żyłach nie było za mało.

„Motocyklowa Brać”

(…)
Było tak, że on płakał za nią gdzieś tam,
widział jak maszyna się bezlitośnie trzaska,
myślami uciekał do swojego Boga
prosząc, by nie pochłonęła ich droga,
po chwili podniósł się na własne nogi,
a i tak nie pomogły te boskie przestrogi,
takie własnie sny co noc go nawiedzają,
zawsze wtedy, gdy moto-ruchy mocno przesadzają.
Rano zszedł do garażu, wsiadł na maszynę,
wyjechał przed siebie rzucając się na linę,
na linę kata, który od dawna na niego czeka,
motocyklista ze swą miłością przed nim ucieka,
gdy widzi ostry winkiel, schodzi na kolano,
łokciem czuje asfalt, by serce bić przestało,
to adrenalina w jego żyłach płynie,
z tego właśnie każdy motocyklista słynie.

(…)
Jedynka spód, manetka do odcięcia,
wskazówka na budziku już bliska pierdolnięcia,
zajmujesz swoje miejsce, dwie ciągłe to twój tor,
Dwójka, trójka, czwórka, tak jest jak wsiadasz na „motor”,
kładziesz się na baku, teraz slalom między puszkami,
pamiętasz, że motocykliści są drogowymi wojownikami,
na większych łukach walczysz z grawitacją,
pokazujesz innym, że bawić tak jest warto,
pędzisz przed siebie w głowie tysiąc myśli napotykasz,
uśmiechasz się do tego co za chwilę cię przywita,
jeden strzał z klamy stawiasz go dęba w górę,
cała ta sytuacja podniecenie w tobie buduje,
delikatnie muskasz gazem, by nie zrzucił cię z grzbietu,
czujesz jakbyś leciał, choć nie unosisz się w powietrzu,
gdy mijasz swoich braci dajesz lewą na znak,
że wszyscy jesteśmy równi jak to nawijał Malina.